Polska? Gdzie to? Co to? Co tam produkują? Wyborowa? Aha, Francuzi przejęli markę. W dobrych sklepach Europy jeszcze może znajdziemy jakąś szynkę krakowską, choć dekada minęła odkąd ostatni raz widziałem polski produkt eksportowy na Zachodzie. To naszej polskiej emigracji zawdzięczamy to że do tamtejszych sklepów zawitały sikacze zwane polskim piwem, mające się tak do piwa jak kolorowy napój gazowany do prawdziwego soku owocowego.
 
Coraz mniej polskich rzeczy mogę kupić. W dziedzinie dóbr sportowych- nader mało. Jeśli polskie marki są znane na zachodzie, to dlatego że tam powstały, jak na przykład marka pancernych ram rowerów do downhillu- Karpiel, powstała gdy jej twórca wyemigrował z Polski do USA. Praktycznie nie ma polskich marek snowboardów, mimo że ten sport uprawiają dziesiątki tysięcy. Nie ma rodzimych marek kiteboardów, choć też sprzedaż w Polsce idzie w tysiące i jest tu kajtowe zagłębie. Tym bardziej brak polskiej marki rzadszych sprzętów w rodzaju wakeboardów, mountainboardów.
 
A jest to branża gdzie już ma się tylko markę. Dziś rodzime firmy sportowe robią tak że kupują w Chinach części rowerowe od razu z nadrukiem swojej marki. Czytałem o tym w prasie rowerowej. Z firm produkcyjnych został jedynie marketing i handel, czasem z rzadka B&R, reszta się wyniosła. Ten proces już lata temu nastąpił w USA. Dziś gospodarka USA to kolaż wolnego rynku pasożytującego na chińskim niewolnictwie za Wielkim Murem. Ogólnoświatowe niewolnictwo obalonoby, tylko po co, jest tak wygodnie.
 
Podobno starożytna cywilizacja Rzymu i Grecji była możliwa dzięki niewolnictwu. Czym bylibyśmy dziś, gdyby nie mrówcza praca niewolników szyjących w azjatyckich sweatshopach buty snowboardowe, sprzedawane za 700 zł, a możliwe że warte kilka tysięcy wg europejskich kosztów pracy. Na co byłoby nas stać? Pewno jechałbym w wyświechtanym dresie, miałbym kilkakrotnie mniej ciuchów, a nowe spodenki na surfing kosztowałyby 1000 zamiast 250 złotych. Cały sprzęt sportowy byłby wart kilka razy więcej. Rower do downhillu możliwe że kosztowałby z 30- 35 tysięcy, a używane szroty chodziłyby po kilka tysięcy. Deska do kite’a kosztowałaby 8 tysięcy.
 
Globalizacja, przez jednych tak wychwalana, jest w istocie zalegalizowanym niewolnictwem, na którym zapewne najlepiej dorabiają się krewni i znajomi różnych dyktatorów. Tak jak w Chinach, gdzie prowadząc fabrykę, ma się lokalnego partnera biznesowego, zwykle związanego z lokalną Jedyną Partią. Tamtejsza ludność sama nic nie może, bardzo możliwe że ma dużo mniej praw niż za starożytnych cesarzy sprzed tysięcy lat.
 
Żyjąc w Chinach byłbym niewolnikiem, bezsilnie oglądającym z perspektywy insidera haniebny spektakl robienia ze mnie marionetki. W Polsce przynajmniej jeszcze mamy wolność słowa w Internecie. Tu można mieć swoje zdanie, bo w prasie drukowanej to jedynie już z rzadka. W Polsce na wakacje mogę chodzić w czapeczce z nalepką „legalize it”, i latać na kajcie (kitesurfować), na co chiński niewolnik nie mógłby sobie nigdy pozwolić, zarabiając swoje naście czy dziesiąt groszy na godzinę jak dobrze pójdzie.
 
Zastanawiam się z czego się utrzymuje Polska skoro dziś większość rzeczy opłaca się produkować gdzie indziej. Zrobiliśmy się drogim krajem dla producentów szukających niskich kosztów pracy. Mamy trochę wiedzy, ale jak opowiadają mi ludzie pracujący z Afrykańczykami w londyńskich pralniach, ci pochodzący z różnych Afryk bez porównania bardziej potrafią interesować się muzyką, literaturą, sztuką, zaś Polacy to w dużej mierze białe koksy i białe karki z którymi trudno o czymś pogadać, bo mają horyzonty umysłowe nieporównanie mniejsze niż mieszkańcy dawnych kolonii…
 
Czy przyjdzie Kryska na Matyska? Z czego bowiem żyje Polska? Na czym buduje swój dostatek w światowym porównaniu? Estończycy? Proszę, mają Skype’a, mają Kazza, znany program p2p. Cały świat współczesnej muzyki słyszał o minimaliście Arvo Pårt. W prasie podają też że kraj ten znany jest z surrealistycznych filmików (np. Noc marchewek, Życie bez Gabrielli Ferri). Zajęła w 2007 roku trzecie miejsce krajów z najbardziej wolna prasą, podczas gdy wolność słowa w Polsce oscylowała wówczas wokół bantustanów trzeciego świata (doszło jednak do poprawy pozycji Polski w 2008 r.). Tymczasem Estonia to kraj wielkości najmniejszego polskiego województwa.  
 
Polska nie jest znana na świecie ze swojej kultury, jeśli w ogóle taka istnieje poza sztucznym światem propagandy. Rzekoma polska muzyka jest odtwórcza, a rzekome talenty wymieniane przez rozmaitych „part-idiotów” okazują się być nikomu nie znane za granicą. Polska jest innym światem, mocno zapóźnionym, walczącym z procesami które dekady temu mijały Europę. Nie wiadomo, czy taka aby musi być kolej rzeczy?
 
Czy aby nie jest tak że owe procesy można przyspieszyć, przeskoczyć, jak w szybko zinternetowanej Estonii, gdzie głębokie przemiany społeczne przebiegły znacznie szybciej dzięki nowoczesnym środkom komunikacji między ludźmi. Internet w Polsce wciąż jest wyjątkiem a nie standardem, wystarczy porównać w statystykach Polskę (9,6 łącza) i Estonię (26,3 łącza szerokopasmowego na 100 mieszkańców, dane Komisji Eur., 2008 ). W Polsce przez Internet zeznania podatkowe składa promil ludności, w Estonii zaś 80 aż proc. W Estonii przez sieć mogę brać udział w posiedzeniach tamtejszego rządu, w Polsce zaś tutejsi niezbyt mili (i wg mnie niezbyt mądrzy) panowie rozmawiają sobie przy drzwiach zamkniętych.
 
Aby rozciąć rozwojowe dylematy Polski, należy, zamiast pisać nierealne strategie, iść drogami już przed nami wydreptanymi, zwłaszcza że liderem niczegokolwiek nie jesteśmy. Internet szerokopasmowy dla wszystkich, obalenie monopolu TPSA (ja płacę blisko stówę za sam Internet z kijowym transferem miesięcznie, bo z ich telefonu jakbym zrezygnował to dalej jest tyle samo!). Ten monopol Tepsy to jakaś totalna przecena, gdzieś widziałem że zapłacono za 35 % akcji ledwie 4 miliardy USD.
 
Nabywcą była francuska firma, podówczas w pełni rządowa, dopiero od niedawna mająca przewagę prywatnych akcjonariuszy. I tak to wygląda- w sektorach w których naprawdę jest przyszłość w Polsce mamy monopole które powinny być z urzędu natychmiast rozbite na szereg mniejszych, konkurujących ze sobą firm, tak jak zrobiono z monopolem amerykańskiej AT&T, z mocy wyroków sądów amerykańskich rozbitego na 7 mniejszych firm. Tak wygląda rozwój po polsku, czyli na zaciągniętym hamulcu.